z upływem czasu
stawał się
coraz mniejszy i chudszy
coraz bledszy
więc jak to się stało
że przy kolejnych odwiedzinach
nie zauważaliśmy
plam na podłodze
nie czuliśmy
wilgoci na dywanie
gdzieś przecież
musiał upływać
ten czas
może wtedy
można jeszcze było
coś z tym zrobić
dać mu jakiś bandaż
albo opaskę
zatrzymać czas
chwilę to trwało
ale w końcu pogodził się
ze śmiercią żony
teraz kiedy ona do niego dzwoni
nie odmawia rozmowy
takie zwykłe gadu-gadu
jak leci co słychać
najczęściej o chorobach
wiadomo taki wiek
drażliwych tematów
na razie unikają
wie co o niej mówią
że nikomu nie przepuści
nieważne chłop czy baba
każdego w końcu
zaciągnie do łóżka
ale on w to nie wierzy
wręcz ujmuje go
jej powściągliwość
więc jeśli w końcu
zaproponuje spotkanie
pewnie się zgodzi
tak tylko na kawę
najwyżej na godzinkę
może może na sam koniec
odważy się zapytać
dlaczego
nagle
przy drzwiach wagonu
stoi malutki staruszek
nie wiem ile stacji
już tak jedzie
patrząc się na mnie
w jednej chwili
mam znowu trzynaście lat
i rozpalone uszy
zrywam się
żeby ustąpić miejsca
a wtedy
reszta moich włosów
siwieje już na amen
dziękuję
uśmiecha się staruszek
ale to twoje miejsce
w kolejce
już do stacji końcowej
tak ta brama
była tylko dla ciebie
strażnik już ją przymknął
teraz przekręca klucz
w ostatnim spazmie
wbij skostniałe palce
w martwe drewno
drap skrob
do dna
do krwi
pozostaw ślad
biała kartka woła
o czerwony atrament
szybko natychmiast
przejechać stalówką
po żyłach
po tętnicach
szybko szybko
to sprawa życia i śmierci
to o to w tym chodzi
żebyś poczuł
od środka
jak bije twoje serce
pracowicie wybija
obol pod język
czerpiesz z życia pełnymi garściami tylko
żeby poczuć jak przecieka przez
palce zaciskasz dłonie
w pięści do bólu
do krwi
i tak odnajdzie
szczeliny wydrąży
korytarze i tak będzie się sączyć
przeciekać jak piasek z pękniętej
klepsydry
wyglądam przez okno
które czarne gałęzie
pocięły na małe kawałki
szyba trzyma się w miejscu
już tylko siłą mojej woli
bo kto mnie obroni
no kto mnie obroni
przed blokiem który drzemie naprzeciwko
nie dajcie się zwieść to nie jest bezruch
on pod śniegiem oddycha ale
za wolno by to zauważyć
jak rozbłysną we mnie wszystkie oczy
nie będzie ratunku
kręcę się wiruję
szybko coraz szybciej
z trudem łapiąc
oddech równowagę
popychają mnie
uderzają rozpędzają
twarde kościste dłonie
to ja Bóg
Szatan
Prawda
Piękno
Szczęście
łap mnie
goń
jak to dobrze
że kiedy tylko zechcę
mogę się zatrzymać
ściągnąć z oczu
tę niepoważną chustkę
i już wtedy wszystko
będzie jasne
zupełnie